5/15/2016

Spider-boy?

Wpis może zawierać opisy kilku scen z filmu "Kapitan Ameryka: wojna bohaterów". Nie znajdziesz tu raczej istotnych spoilerów, ale czytasz na własną odpowiedzialność!

Oficjalnie potwierdzono już informację, że w przyszłym roku znów będziemy mogli oglądać Człowieka-pająka na dużym ekranie. Film, który wejdzie do kin w 2017 roku, będzie nosił tytuł "Spider-man: Homecoming" i... nie będzie to zwykły remake?

Nowego Spider-mana mieliście już okacje poznać w filmie "Kapitan Ameryka: wojna bohaterów". Nie wiem jak wam, ale mi przypadła do gustu młodsza wersja Spider-mana, którego zagrał dziewiętnastoletni Tom Holland. W komiksach Spidey był przecież licealistą, a w wersji Andrew Garfielda, który miał podszas kręcenia filmu koło trzydziestki, nasz kujon wygląda... trochę za staro na ucznia. Natomiast pucołowata twarz Toma nadaje się do odgrywania nastolatka. W końcu sam aktor jest nastolatkiem.


W młodszym Spider-manie urzekła mnie też jego osobowość. W poprzednich filmach o tym superbohaterze, gdy Peter Parker zostaje ugryziony przez radioaktywnego pająka, nagle staje się odpowiedzialny i gotów jest poświęcić swoje życie, by ocalić ludzkość. Troszkę przerysowane... I wtedy w trzeciej częsci serii o Kapitanie Ameryce pojawia się Spidey, który jest nieodpowiedzialny, szalony i niedoświadczony. Reżyser nie próbuje na siłę zrobić z niego superbohatera. W końcu Peter dopiero oswaja się ze swoimi mocami. Tony Stark (Iron Man) słusznie nazwał go Spider-boyem.

Marvel ma to do siebie, że często filmy tej wytwórni w jakiś sposób łączą się lub nawet... reklamują. Zdażało się, że w scenie po napisach pojawiała się jakaś zajawka do innego filmu. Po "Kapitanie Ameryce" pojawiła się scena ze Spider-manem. Nie wniosła ona zbyt wiele. Była tylko potwierdzeniem tego, co i tak było potwierdzone -  "Spider-man will return". Więcej można było wywnioskować z samego filmu o Kapitanie Mrożonce.

Po pierwsze, akcja "Homecoming" będzie najprawdopodobniej miała miejsce po najnowszym filmie Marvela. Oznacza to, że nie będziemy musieli po raz kolejny oglądać, jak Petera dziabie pająk, jak Peter patrzy w lustro i widzi napakowanego gostka, jak Peter nie ogarnia, co się z nim dzieje i jak Peter szyje sobie strój (100% spandex). Pocieszające.

Po drugie, obok Spider-boya w filmie ma pojawić się Iron Man (cieszcie się fani Starka!). Może Spider-manowi rzeczywiście przydałby się ktoś a la mentor. W "Wojnie bohaterów" to Iron Man "odkrył" Petera Parkera i (co najważniejsze) załatwił mu porządny strój. Ogólnie wyglądało na to, że bez pomocy Starka chłopak miałby raczej niewielkie szanse, żeby zaistnieć. Filmy o superbohaterach mają to do siebie, że zazwyczaj akcja skupia się tylko na jednym z nich (chyba, że to Avengersi lub X-Men). Fajnie by było zobaczyć kogoś takiego jak Tony Stark w filmie o kimś innym.

Po trzecie, obsada. Nie tylko główny bohater odmłodniał. Ciotkę May zagra (zupełnie niepodobna do poprzednich wersji) Marisa Tomei, którą możecie kojarzyć z "Prawnika z Lincolna" (Maggie McPherson) lub "Gangu Dzikich Wieprzy" (również Maggie). Natomiast dziewczynę Spider-boya zagra niejaka Zendaya (nawet jeśli ją kojarzycie, to nie wiem skąd), która wygla jak Selena Gomez z czasów "Czarodziejów z Waverly Place". Ale może lepiej jej nie oceniać (chociaż naprawdę gra w takich serialikach jak Selena za młodu!), bo gdy dowiedziałam się, kto zagra nowego Spider-mana, to też nieźle go zjechałam.

CIOTKA MAY?!
"Co?! Ten... gimbus ma grać Spider-mana?!" - to była moja pierwsza reakcja, gdy zobaczyłam mordkę Toma Hollanda. Bardzo polubiłam Petera Parkera w wersji Andrew (czy nawet Tobey'ego) i nie mogłam znieść myśli, że zastąpi go jakiś małolat. Ale po tym, jak zobaczyłam go "w akcji" zupełnie zmieniłam o nim zdanie.`



Mam nadzieję, że nie pożałuję swoich słów i "Spider-man: Homecoming" (mimo beznadziejnego logo) nie okaże się katastrofą. Szczególnie, że Marvel zaplanował na najbliższy czas sporo filmów, takich jak "Doctor Strange", kolejny "X-men", druga część "Strażników galaktyki", trzeci "Thor" czy drugi "Ant Man" (i wiele wiele wiele innych).



W internecie nie ma jeszcze oficjalnego zwiastunu do "Spider-mana". Są tylko fanmade'y, które możecie obejrzeć tutaj i tutaj.

Po premierze na pewno pojawi się recenzja "Spider-mana". Czekam z niecierpliwością, aż film pojawi się na wielkim ekranie.

~Pirania

5/07/2016

PREMIEROWO!! Captain America: Civil War

Bezpieczna strefa wolna od spoilerów. Czytaj śmiało!

Pewnie wiele się spodziewacie po filmie tak naładowanym superbohaterami. Oprócz beznadziejnie przetłumaczonego tytułu i paru drobnych detali, raczej się nie rozczarujecie.


Przyznam, że po ostatnich Avengersach trochę się obawiałam, czy Marvel da radę wrócić do formy i zrobić naprawdę dobry film. Najwyraźniej twórcy wyciągnęli wnioski z reakcji fanów. Tym razem było dużo więcej akcji i całkiem sporo zabawnych tekstów w przerwach między poważnymi scenami. Dziwaczne gadanie Hawkeye'a zostało zastąpione przez próbujących się wzajemnie zmiażdżyć superbohaterów. I dobrze!

Powiem najpierw o tym, co mi się nie podobało, bo mało takich rzeczy. Po pierwsze - za każdym razem gdy akcja przenosiła się do innego miasta, wyświetlała się wielka, zajmująca cały ekran nazwa tego miasta. Widok rodem z telewizyjnych reklam. Po drugie, walki między bohaterami parę (albo i więcej) razy doprowadziły do groteskowych sytuacji, kiedy herosi między ciosami zapewniali się wzajemnie, że przecież nadal są przyjaciółmi. Trzecia rzecz, patrząc na zwiastun, dubbing raczej słaby. Bądźcie mądrzy jak ja i idźcie na napisy! Zakończenie raczej do przewidzenia, ale w niczym to nie przeszkadza, i tak jest sporo napięcia.

Film kompletnie zmienił moje zdanie o dwóch z bohaterów. Po pierwsze, byłam bardzo sceptycznie nastawiona do kolejnego Spider-mana, czy też raczej Spider-Boya, cytując Starka. Niepotrzebnie. Uroczy, troszkę niezdarny i nie całkiem przyzwyczajony do swych mocy, żartujący z Gwiezdnych Wojen Spidey jest absolutnie czarujący.
 Spider-Boy


Niestety, młodszy Peter Parker pociąga za sobą młodszą i znacznie ładniejszą ciotkę May, co oczywiście zauważa Tony Stark. Tak strasznie brakuje mi Pepper!

Do kina wchodziłam będąc bardziej po stronie Iron Mana, ale szybko zmieniłam zdanie. Kapitan Ameryka został pokazany troszkę inaczej niż zwykle, i wyszło mu to na dobre. Koniec ze śnieżnobiałym, wyidealizowanym patriotą. Po prostu wow. Twardy, stanowczy i okładający pięściami Starka. Szkoda, że wcześniej się tak nie buntował. Nawet nic nie mówił na temat "szanowania mowy ojczystej".

Duży plus za Bucky'ego, i jego motocyklowe szaleństwa. Zimowy Żołnierz jak zwykle genialny! Wspaniale wyglądała też jego współpraca z Kapitanem.
Bardzo podobało mi się, że rozwinięto postaci Scarlett Witch i Vision. Wanda stała się naprawdę ciekawą bohaterką. Vision nie należy do moich ulubieńców, ale dobrze, że i on miał parę swoich momentów.
Wanda vs Vision


Powrót Łucznika był raczej nieunikniony. Na szczęście tym razem nie gadał takich głupot jak w Czasie Ultrona. No, może odrobinkę. Jak dla mnie, było trochę za mało scen z Ant-Manem. Za to całkiem ciekawie było patrzeć na Falcona, który miał sporo czasu na ekranie - w końcu to kumpel Kapitana. Pojawia się też nowy heros - Black Panther. Mini spoiler dla wtajemniczonych - równie ciemny na masce jak i pod nią.
Black Panther

Dla mnie wyjątkowo urocza była krótka rola Martina Freemana. Może nie miał okazji się popisać talentem, ale dobrze było go zobaczyć nawet przez chwilę.



Jako czarny charakter dobrze się sprawdził Daniel Brühl, który zawsze dostaje role wymagające znajomości niemieckiego na poziomie wyższym niż samo Heil Hydra.

Oczywiście, genialnie było zobaczyć tylu superbohaterów obok siebie,jednak ich reakcje na te spotkania były troszkę denerwujące. Za bardzo było widać podział na zwykłych superbohaterów i super-superbohaterów. Och, Kapitanie, czy mogę ci uścisnąć prawicę? Czy to naprawdę Tony Stark? To my tak powinniśmy reagować, nie oni!
Starcie bohaterów

Fajnie było popatrzeć na naszych bohaterów w codziennych ubraniach - niektórych aż ciężko poznać.
Natasha w akcji

BTW, Vision wyglądał naprawdę dziwnie w zwyczajnych ciuchach.


Było trochę nawiązań do poprzednich filmów, radzę je sobie odświeżyć przed seansem, szczególnie obie Ameryki i Avengersów. Nie chcecie skończyć z wyrazem twarzy pod tytułem: "Sokowia? Gdzie to jest?"

Większość bohaterów znacznie rozwinęła swoje moce, więc nie możecie już być pewni, że ich znacie. Niektóre rzeczy na pewno Was zaskoczą.



A teraz, cała lawina spoilerów. Jeśli jeszcze nie widziałeś/aś tego filmu, to po pierwsze w trybie natychmiastowym udaj się do najbliższego kina i daj wgnieść się w fotel, a po drugie, zaprzestań czytania tu i teraz. Miłego seansu.
Jeśli nadal tu jesteś, to na własną odpowiedzialność.

A więc, po pierwsze: totalny upgrade Ant-Mana!!! Potrafi się zrobić tak ogromny, że bardziej dinozaur niż mrówka! Dość dziwne, ale wygląda całkiem cool. Bawił się też w zmniejszanie i powiększanie przedmiotów, ale to już widzieliśmy w jego solowym filmie.

Po drugie, Tony Srark (ang. Tony Stank) wygrywa ze wszystkimi żartami w tym filmie. Podobnie jak miny Sama i Bucky'ego, gdy Steve całował się z siostrzenicą niejakiej Peggy Carter (tak, jego miłości z czasów wojny).

Nie możesz się zdecydować, po której stronie jesteś? Nie tylko Ty. Czarna Wdowa przeżyła to samo, Panther do pewnego stopnia też. Paradoksalnie, Iron Man bywał po stronie Kapitana.
Team Cap!


Jak można było się spodziewać, nikt istotny nie ginie. Pokazany w zwiastunie upadek War Machine skutkował "jedynie" kalectwem. Ale nie martwcie się, Tony Stark już się za to zabrał, a Rhodey chyba potrafi się dostosować do nowej sytuacji.

Kolejny przewidywalny element - na dobrą sprawę NIKT nie wygrywa. Na szczęście oszczędzono nam morałów w stylu "Divided we fall" czy (wybaczcie proszę cytat z DC) "Stronger together". Oczywiście są to logiczne konkluzje, ale przynajmniej żaden łucznik nie wygłasza ich z nawiedzoną miną. Mimo że w ostatniej walce Cap pokonuje Iron Mana, chyba wszyscy bohaterowie źle wyszli na wojnie.

Chociaż Robert uważa, że robi się za stary na granie Iron Mana, naprawdę dobrze mu szło. Na początku był dość cichy i podłamany, ale potem - piękny rozbłysk jego arogancji i sarkazmu. Później musiał się kajać przed Kapitanem, co było mniej fajne, ale wynagrodziła to scena, gdzie Tony spławił sekretarza od tego całego protokołu, o który się kłócili.
Po czyjej stronie jesteś?

Na wypadek gdybym jeszcze o tym nie wspominała, Spidey był super. Naprawdę dobrze to rokuje dla jego solowych filmów, obyśmy nie musieli po raz kolejny oglądać sceny ugryzienia przez radioaktywnego pająka.

Odrobinkę stęskniłam się za Hulkiem i za duetem Thor-Loki, ale pewnie to już byłoby za dużo dla tego filmu. Zresztą ostatnią dwójkę zobaczymy już wkrótce w nowym Thorze. Proszę, niech będzie lepszy niż Mroczny Świat.

Okazało się, że nie tylko Tony Stark lubi się popisywać. Kapitan miał okazję zaprezentować swoją siłę, przytrzymując helikopter, którym uciekał Bucky. Przy tej okazji popisał się bicepsami. Najpierw po prostu trzymał śmigłowiec, ale potem obrócił ramię specjalnie tak, żebyśmy mieli lepszy widok. Ach , Kapitanie...
Popisowy numer Kapitana


Naprawdę interesująca była przemiana Kapitana Ameryki. Zawsze po stronie "tych dobrych",  tym razem uciekał przed sprawiedliwością. Pozdrawiam wszystkich fanów Volkswagena Beatle, bo właśnie takim samochodem to robił. Urocze. Dopiero potem wszyscy "przesiedli się" w powietrze i gonili się wzajemnie małymi, nowoczesnymi samolotami.
Niektórzy nie potrzebują samolotów ;)

Miłe było to, że w scenie po napisach Black Panther pomógł Bucky'emu. Ten sam Black Panther, który wcześniej był tak zdeterminowany, by go zabić.
Wrogowie?

Twórcy chyba uznali, że Czarna Wdowa słabo wypada na tle swoich kolegów, więc dodali jej elektryczne nadgarstki. Wiele osób oberwało od niej błyskawicą.

Falcon coraz więcej rzeczy załatwia za pomocą drona, sam popisuje się znajomością karate - kopaniny było naprawdę dużo.


Wanda naprawdę dobrze panuje nad mocami, bez wysiłku rozrzuca rzeczy i ludzi na wszystkie strony. Vision, jak się okazuje, zna parę sztuczek oprócz podpalania rzeczy kamieniem na czole. Którym to przypadkowo spalił silnik War Machine. Vision i Wanda zdają się być bardzo zaprzyjaźnieni, najwyraźniej ten pierwszy już dawno przestał być zwykłym programem komputerowym.

Prawie trzy godziny napakowane akcją i bohaterami, naprawdę nie da się nudzić na tym filmie. A jeśli Wam się poszczęści, to przed filmem zobaczycie zwiastun innego filmu Marvela. Występuje tam Benedict Cumberbatch (znany z Sherlocka). Premiera jesienią.
Doctor Strange

A dla tych, którzy dotarli aż tutaj, ciekawostka: Czy wiecie, że Guns N' Roses w jednej ze swoich piosenek (Paradise City) śpiewali o Kapitanie Ameryce, a inny kawałek ma tytuł Civil War? Czyżby Axl i Slash przewidywali powstanie takiego filmu? :P

-potato

5/02/2016

Kryptonim "Rudobrody"


Uwaga! Masa spoilerów do "Sherlocka i Upiornej Panny Młodej"!

Tak jak w przypadku poprzedniej teorii dotyczącej Sherlocka, nie wymyśliłam jej sama, starałam się podawać źródła, gdybym coś przegapiła - z góry przepraszam.

W poprzednim wpisie  mieliście okazję "poznać" trzeciego brata Sherlocka Holmesa. Tutaj zajmiemy się jego drugim bratem, tym, którego wszyscy dobrze znamy.

Mycroft Holmes

Najpierw jednak, zgodnie z zapowiedzią, kilka słów na temat Rudobrodego.


Jak pewnie się orientujecie, Rudobrody to imię pirata. Dotarłam do informacji, że to wcale nie był jeden czowiek, ale dwóch braci. Kiedy pierwszy umarł, drugi przyjął jego imię. Jest to kolejny element teorii o trzecim bracie. Istnieje także teoria, według której Rudobrody nie ma nic wspólnego z trzecim bratem, a jedynie z Mycroftem.Ta teoria wywołała równie wielką burzę w inernecie, no może oprócz efektu Toma Hiddlestona.

Cofnijmy się o kilkadziesiąt lat. Mały Sherlock, marzący o zostaniu piratem, oraz jego pies, oczywiście Rudobrody.


Po jakimś czasie pies umiera, a może raczej zostanie uśpiony, jak słyszymy od Sherlocka w 3x03. Mały Sherry, jak można przypuszczać, po śmierci psa jest smutny, ale może nie zrozpaczony. Po psie zostaje tylko wspomnienie. Słowo Rudobrody nieodmiennie kojarzy się braciom Holmes ze śmiercią. Staje się w pewnym sensie kryptonimem. Stąd bierze początek dość przerażająca teoria na temat śmierci Mycrofta.

Ciężko w to uwierzyć, prawda? Mycrofta nie widujemy zbyt często, ale wiemy, że zawsze jest gdzieś w pobliżu, by zajrzeć do młodszego Holmesa, pomóc mu w potrzebie. Czemu producenci mieliby go zlikwidować? Cóż, sam Steven Moffat obiecuje że w czwartym sezonie ktoś bardzo ważny umrze. Osobiście mam nadzieję, że zgodnie z twórczością Conan Doyle'a, będzie to Mary.  Ale na razie więcej poszlak prowadzi do Mycrofta.


Kluczową rolę dla tej teorii odgrywa "Upiorna Panna Młoda", właściwie tylko tu możemy znaleźć jakieś podpowiedzi. W tym odcinku, Sherlock penetruje swój pałac myśli w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie czy i jak Moriarty mógł przeżyć. Ale... czy na pewno? Ta teoria ma dwie wersje. Jedna jest taka, że Sherlock dopiero domyśla się, że jego brat umiera, druga - że już o tym wie, a teraz szuka sposobu, żeby temu zapobiec.

Spytacie, skąd w ogóle pomysł, że Mycroft umiera? Przypomnijcie sobie Fatcrofta (odcinek specjalny-cięższa wersja Mycrofta). Rozmawia on ze swoim bratem oraz z Watsonem na temat tego, ile czasu mu pozostało. W końcu staje na 2 latach, 11 miesiącach i czterech dniach, a możliwe, że naprawdę jest to mniej, bo Fatcroft zjada dwa dodatkowe puddingi. Czy to sugestia, ze Mycroft robi coś niebezpiecznego, co go zabija? Licząc od finału trzeciego sezonu, te niecałe trzy lata miną w grudniu 2016, co może być data premiery kolejnej serii - Martin Freeman zapowiadał, że zobaczymy ją w okolicach Świąt.

Fatcroft

W dodatku, Fatcroft mówi też o objawach, jakie się u niego pojawiaja - przebarwione białka, tłuszcz wokół kącików oczu... Może to odbicie czegoś, co Sherlock zaobserwował u swojego brata w rzeczywistości.

Występuje tu też gra słów, zrozumiała tylko po angielsku.  Tytułowa panna młoda umiera na gruźlicę - z angielskiego "consumption". Fatcroft umiera, gdyż za dużo "konsumuje".  Mycroft może umierać, gdyż coś go "pożera" od środka, choroba, może rak...

Końcówka trzeciego sezonu

Absolutnie najważniejszą sceną jest ta w samolocie. Nie wiem, czy zauważyliście, że Mycroft jest podejrzanie miły dla brata. Zawsze będę tu dla ciebie, bla bla bla, zawsze ci chetnie pomogę... Tak jak wielu fanów, myślałam, że po prostu Myc ma stać się trochę bardziej ludzki, sumienie się w nim obudziło itd. Jednak równie dobrze może to być pożegnanie. Wskazują na to dalsze słowa Mycrofta: "Doktorze Watson?...Opiekuj się nim [Sherlockiem]... Proszę". Czy Mycroft prosi o to Johna, bo sam nie będzie już mógł się zajmować małym braciszkiem?


Gdy Mycroft zostaje sam w samolocie, następuje kolejny ważny moment. Holmes podnosi z ziemi listę Sherlocka (Sherl zawsze zapisuje bratu, jakie narkotyki brał, na wypadek, gdybyście nie pamiętali o tym) i wkłada ją do swojego notesu (większość teorii na temat notesu tu i tu). A w notesie....



Od razu rzuca się w oczy słowo Redbeard. Załóżmy, że rzeczywiście jest to kryptonim śmierci, rozumiany jedynie przez braci Holmes. Dalej widzimy tajemniczy numer 611174. Jest on wielorako interpretowany. Po pierwsze jest to numer choroby genetycznej (Hamamy syndrom). Możliwe, że Myc na nią cierpi, zwolennicy istnienia trzeciego brata twierdzą, że to właśnie trzeci brat mógł na to chorować przed Mycroftem. Stąd Vernet może oznaczać stronę rodziny, po której Holmes odziedziczył tą chorobę (wg kanonu, Vernet to panieńskie nazwisko babki Holmesów).

Istnieje mało prawdopodobna interpretacja dotycząca konkretnie tylko odocinka specjalnego - ten numerek to komputerowy zapis fioletowego koloru szat sufrażystek - a w końcu wszelkiego rodzaju feministki były istotnym wątkiem w ostatnim odcinku. Tylko po co Mycroft miałby to notować, on nawet nie wiedział, co się działo w głowie jego brata.

Dalej, oprócz ludzkiej choroby, ten numer oznacza także chorobę (canine lupus), na którą zapadają niektóre rasy psów, m. in. seter irlandzki... Znowu  - po co Mycroftowi byłaby taka informacja? Niektórzy fani doszli do wniosku, że zamierza sklonować Rudobrodego z okazji urodzin Sherlocka (hehe). Wtedy cyferki mogłyby oznaczać datę urodzin Sherlocka (6/1/74). Dziwne byłoby to, że Myc jej nie pamięta...

Jeśli chodzi o te daty, rzeczywiście może to być 6 stycznia....tyle że nie 1974, ale 1874 (teoria stąd). Właśnie wtedy rozgrywa się akcja Doliny Strachu A. Conan Doyle'a. Czyżby to była sugestia, że możemy się spodziewać odcinka na podstawie tej historii?


Równania z notesu Mycrofta

Macierz (te matematyczne znczki w nawiasie) oraz równania także doczekały się teorii. Doczytałam, że są dwie ciekawe możliwości. Po pierwsze może to być próba obliczenia, jak odległe w przyszłości jest jakieś wydarzenie. Po drugie, macierz ma związek z tym, że jedno wydarzenie może być zupełnie inaczej zapamiętanie przez dwie różne osoby. Pierwsza teoria może być związana z tym, kiedy ktoś (Mycroft?) umrze, druga - ze śmiercią trzeciego brata, którą Sherlock pamiętałby inaczej niż Mycroft.

Spójrzmy też na to, że Sherlock zawsze, gdy bierze narkotyki i ma się znaleźć na granicy śmierci, robi listę. Może te zapiski to "lista" Mycrofta, którą przygotował na wypadek swojej śmierci?

Są i tacy, którzy uważają, że może to nie Mycroft, może to Sherlock umiera... Może jego starszy brat próbuje go ocalić. Mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe.

I wreszcie wisienka na torcie - niedokończone "Scarlet Roll M...". Fani szybko dokończyli to jako "Scarlet Roll Mops", co oznacza szkarłatne śledzie, z grubsza to samo, co angielskie "red herring". Dosownie - "czerwony śledź", metaforycznie - "Fałszywy trop". W podobny sposób bywa interpretowany sam "redbeard". "Red"-jak w "red herring". Broda - jako coś, co ma rozproszyć nasza uwagę i odciągnąć ją od czegoś (w sensie dosłownym-ukrywa czyjąś twarz). Czyżby Mycroft dawał nam znać, że to wszystko nadinterpretacja, że idziemy złym tropem, albo że w Sherlocku nie ma żadnego dna, nic do odkrycia? Mam nadzieję że przynajmniej rzekoma choroba Mycrofta jest takim fałszywym tropem, bardzo bym tęskniła za inteligentniejszym Holmesem.



-potato